Rozdział 3

czwartek, 16.lutego.2012, 12:50
.

EDIT: Link do rozdziału 1. już działa.


Kolejny rozdział.

Art Magic dalej się pisze :)

***


Schodząc na śniadanie, Harry myślał o swoim dzisiejszym dyżurze. McGonagall przydzieliła mu do pary Malfoya, czego właściwie nawet się spodziewał. Miał wrażenie, że dyrektorka zrobi wszystko aby oboje zaczęli ze sobą dość zgodnie współpracować. Chciała, aby w razie ataku byli skupieni na walce z wrogiem, a nie ze sobą nawzajem.
- Mam dzisiaj dyżur – oświadczył, siadając obok Hermiony. Dziewczyna uniosła pytająco brwi, smarując bułkę masłem. – Z Malfoyem.
- Masz zamiar mu to zaproponować? – zrozumiała Granger, szukając wzrokiem sera. Dean podał jej talerz.
- Co? Co zaproponować? – spytał Ron, odrywając się od swojej gigantycznej kanapki.
- Myślisz, że się zgodzi?
- Nie wiem, Miona… W końcu to Malfoy. Jeżeli odpowiednio mu zagram na ambicjach…
- CO? Co, do cholery, Malfoy? O co wam chodzi? Czemu mi nic nie tłumaczycie? – zeźlił się Weasley, kompletnie porzucając swoje śniadanie. Wbił uważne spojrzenie w dwójkę przyjaciół. Ginny również skupiła wzrok na nich. Harry westchnął głęboko i spokojnie wytłumaczył im swój plan, dotyczący Gwardii Dumbledora.
- Czy jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zwątpił Neville, popijając sok dyniowy. – Może Malfoy niby jest po naszej stronie, ale… To nadal jest Malfoy.
- Właśnie – poparł go Ron. – Oślizgły, obrzydliwy, wstrętny, chamski, nieobliczalny, irytujący Malfoy. On cię nienawidzi. Zaraz… On nienawidzi nas wszystkich. Jak sobie to wyobrażasz? Że nagle cię pokocha i zgodzi się uczyć grupkę Gryfonów?
- Nie tylko Gryfoni są w Gwardii – mruknął Harry.
- No dobra. Wyobrażasz go sobie uczącego kogokolwiek, kto nie jest Ślizgonem?
- No wiesz… Moglibyśmy się od niego sporo nauczyć.
- Nie wiem, czy chcę – burknął Ron, wbijając wreszcie zęby w kanapkę. Harry spojrzał ponuro na własną jajecznicę, zastanawiając się nad swoim planem. Już miał zrezygnować, kiedy odezwała się Hermiona.
- Ja uważam, że to dobry pomysł. Może i się nienawidzimy, ale jest wojna. Jeżeli Malfoy jest w stanie przekazać nam coś, co pomoże w jej wygraniu, jestem za. Zniosę nawet te jego cholernie denerwujące docinki.
- I paskudnie ułożone włosy – dodała Ginny. Ron posłał jej dziwne spojrzenie. – No co? To też sprawia, że jest bardziej wkurzający. Jak mam się skupić na tym, co mówi skoro przed oczami świeci mi jego platynowa trwała?
- Fretki najwyraźniej tak mają – skwitował Dean, rozśmieszając wszystkich.


Harry skupił się na nudnym głosie profesora Binnsa, mówiącego o kolejnym nudnym powstaniu goblinów i próbował cokolwiek zapamiętać. Wizja niezdanych OWUTEM-ów z powodu zaśnięcia na lekcji nie była zbyt pokrzepiająca.
- Zaraz zwariuję – mruknął Ron, uderzając głową o ławkę. Hermiona rzuciła mu karcące spojrzenie i wróciła do skrzętnego zapisywania notatek.
- Nie wytrzymam… - zgodził się Harry, rozglądając się po klasie i szukając innych, sterroryzowanych nudami uczniów. Crabbe i Goyle już dawno pochrapywali, Pansy trzymała się resztkami sił, a Malfoy opierając głowę o prawą rękę walczył z własnymi powiekami. Kosmyk jego włosów wymknął się z przylizanej fryzury i opadł delikatnie na alabastrową dłoń, czyniąc pozę chłopaka jeszcze bardziej zmęczoną. Harry przyłapał się na tym, że patrzy na Ślizgona trochę inaczej niż zawsze. Bez ciepłych uczuć, ale również bez nienawiści, która do tej pory towarzyszyła mu przez wszystkie lata nauki w Howarcie.
- Co się gapisz, Potter? – wysyczał Malfoy, przyłapując Gryfona. Rozluźniony wyraz twarzy został zastąpiony przez ironiczne, pełne obrzydzenia spojrzenie.
- Masz włosy w nieładzie – mruknął w odpowiedzi Harry, sam tym zaskoczony. Ślizgon zamrugał zdziwiony oczami i odruchowo poprawił nieposkromiony kosmyk.
- Chciałbyś być taki piękny jak ja, co? – rzucił, uśmiechając się chytrze. – Niestety, Potter. Ty i twoje chaotyczne uczesanie nigdy nie będziecie mogli szczycić się mianem boga seksu.
- Nie jestem pewien czy wiecznie ulizane włosy mają coś wspólnego z seksem – zauważył bystrze Harry. – Skoro masz czas aby je tak codziennie układać, raczej nie pozostaje ci go wiele na podboje. Poza tym, co byś zrobił gdyby ktoś ci zepsuł fryzurę podczas namiętnej nocy?
- Nie potrzebuję niczyich łap na mojej idealnej głowie – skwitował Malfoy. – O ile wiem, narządy płciowe znajdują się gdzie indziej.
- I gdzie tu namiętność?
- A co ty o tym możesz wiedzieć, Potter?
- Zdziwiłbyś się – skwitował krótko Harry, po czym zamilkł, gdy zauważył, że dusza część uczniów zaczęła przysłuchiwać się ich rozmowie. Zarumienił się lekko i odwrócił od Malfoya, który tylko się roześmiał.
- Skoro już nawet sama rozmowa tak cię zawstydza, to nie chcę widzieć cię podczas miłosnych igraszek – rzucił, a Ślizgoni się roześmiali.
- Pocieszę cię, Malfoy, że ja w ogóle nie chciałbym widzieć cię w takiej sytuacji. Bez względu na to czy i kiedy się rumienisz – odparł Harry. – Ale miło mi, że ty doceniasz moje walory.
- Nieźle, Potter – zaśmiał się blondyn. – Jednak nie łudź się, że kiedykolwiek zbijesz mnie z pantałyku.


Obrony przed czarną magią miał ich uczyć Lupin. Harry ucieszył się widząc przyjaciela i posłał mu miły uśmiech na powitanie. Zastanawiał się czy Remus został wybrany ze względu na swoje umiejętności, czy też McGonagall chciała mieć po prostu blisko kolejnego członka Zakonu.
- Witajcie, moi mili. Mam nadzieję, że mnie pamiętacie, bo nie mam zamiaru tracić czasu na zbędne monologi. Będę was w tym roku uczył obrony i mam nadzieję, że weźmiecie wszystko co powiem do serca. Tym razem bowiem nie chodzi tylko o oceny ale również o to, czy dacie sobie radę podczas wojny. Nie będzie podręczników i nie będzie zbędnych wykładów. Od razu przejdziemy do praktyki. – Czarem błyskawicznie ustawił wszystkie ławki pod ścianą i namalował na podłodze czerwony okrąg. – To będzie nasza arena. Zaczniemy od zwykłego pokazu umiejętności. Pary wylosujemy magicznie, bo przecież w prawdziwym życiu nikt nigdy nie wie, kto będzie jego przeciwnikiem. Zaczniemy może od Malfoya. Podejdź, proszę, do stolika. – Ślizgon uśmiechnął się ironicznie. Podszedł do Lupina, po czym w jego dłoni pojawiła się karteczka.
- Pansy Parkinson – przeczytał spokojnie, ale widać było, że jest zadowolony z takiego obrotu spraw. Ślizgonka również wydawała się nie mieć obiekcji.
- Wejdźcie do kręgu i zacznijcie, kiedy tylko będziecie mieli ochotę – nakazał Lupin. Malfoy spokojnie ruszył w kierunku wyznaczonego pola, a kiedy tylko jego stopa przekroczyła linię, rzucił pierwsze zaklęcie.
- Immobilus!*
Pansy opadła na podłogę, aby uniknąć zaklęcia i zaraz potem zerwała się na równe nogi.
- Serpensortia!**
- No nie, Pansy! Wężem chcesz pokonać węża? – zakpił Draco. W jednej sekundzie pozbył się gada z areny, a walka zaczęła się na poważnie. Harry obserwował dziki taniec dwójki Ślizgonów, gdy rzucali zaklęcia, odskakiwali i bronili się nawzajem. Zawsze wiedział, że Malfoy jest dobry, ale nie spodziewał się, że Parkinson jest w stanie się z nim walczyć jak równy z równym.
- Bardzo dobrze – skomentował Lupin. Pansy uśmiechnęła się dumnie, a Malfoy wykorzystał chwilę jej nieuwagi i rozbroił ją prostym expeliarmusem. Doskoczył do dziewczyny i przyłożył jej różdżkę do gardła. Przez chwilę wszyscy wstrzymali oddech, zastanawiając się, co zamierza Malfoy. W końcu to Ślizgon. Chłopak jednak roześmiał się z ironią i podał dziewczynie rękę, pomagając jej wstać.
- Jeszcze wiele musisz się nauczyć, Pansy – wysyczał złośliwie.
- Ty również – odpowiedziała tylko i uśmiechnęła się jakoś zagadkowo.
- Dobrze. – Lupin  - Teraz Harry.
Chłopak podszedł do stolika i wylosował karteczkę. Trafił na Zabiniego. Walka trwała dość długo, ale ostatecznie wygrał, czym doprowadził Ślizgona do szału. Zaraz po nim był Dean z Crabbem. Żaden pojedynek tego dnia nie był jednak tak ciekawy jak jego i Malfoya.


Do kolacji nie działo się już nic ciekawego. Wszystkie lekcje toczyły się swoim powolnym rytmem, tak jak zawsze. Ślizgoni dokuczali Gryfonom i na odwrót, Hermiona zawsze podnosiła rękę do góry aby odpowiedzieć na pytanie, a Ron przysypiał, notorycznie brudząc sobie policzek tuszem. Harry poczuł dziwne ciepło, urzeczony tą swojską atmosferą szkoły.
- Niedługo zacznie się twój dyżur – stwierdziła Hermiona. – Nadal jesteś pewien, że chcesz poprosić Malfoya o pomoc?
- Myślę, że tak. Pojedynek na obronie tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że tak będzie najlepiej.
- On jest śmierciożercą – powiedział spokojnie Ron. – Nie wiem czy powinien wiedzieć, co umiemy.
- Jest szpiegiem.
- Ale nadal nosi TEN znak na przedramieniu.
- W takim razie, jednocześnie my dowiemy się, co potrafi on sam – odparł spokojnie Harry.


Gryfon narzucił na siebie szatę w kolorze głębokiego błękitu. Po bokach zostały wyhaftowane znaki wszystkich domów Hogwartu. Na piersi lśnił dumnie znak prefekta. Poprawił jeszcze zapięcie i wyszedł z dormitorium. Powoli szedł w stronę gabinetu dyrektorki, nie spiesząc się ani odrobinę.
- Spóźniłeś się, Potter – warknął Malfoy, zauważając go. – Nie wiem, czy jesteś tak głupi, że nie umiesz obsługiwać zegarka, czy też nie potrafisz zapiąć guzika od koszuli.
- Uwierz, z guzikami radzę sobie doskonale – odparł szybko Harry, czerwieniąc się na myśl o dwuznaczności tego stwierdzenia.
- Obyś miał rację – skwitował blondyn z wyjątkowo złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Gdzie idziemy?
- Oczywiście w stronę wyjścia. A zaraz potem poszukamy jakiś wkurzających Gryfonów, pałętających się po korytarzach.
Przez bardzo długi czas chodzili w milczeniu, nie zauważając swojej obecności. Malfoy zajmował się swoimi własnymi myślami, a Harry zbierał się w sobie aby wreszcie poprosić go o pomoc. Nie napotkali nikogo poza jedną parą, obściskującą się w lochach. Wyjątkowo niespodziewanie i niemalże niepokojąco zamek był otoczy kurtyną ciszy.
- Boją się – stwierdził Malfoy, gdy wchodzili do wieży Astronomicznej. Przystanął przy oknie, wpatrując się w gwiazdy. Harry podejrzewał, że chłopak zastanawia się nas słowami centaura, które usłyszeli podczas wspólnej misji.
- Kto? Czego?
- Nie bądź głupi, Potter – wysyczał blondyn, jednak bez wyraźnej dawki nienawiści. Wydawało się, że zwyczajnie o tym zapomniał lub nie miał siły. – Uczniowie. Wszyscy. Boją się wychodzić na korytarze i to wcale nie ze względu na moją niesamowitą aurę, która wszem i wobec wzbudza szacunek. Naprawdę się boją.
- A ty? – spytał nieoczekiwanie Harry.
- Myślę, że to nie twój zasrany interes.
- Czy pomożesz mi w prowadzeniu Gwardii Dumbledora? – wypalił szybko.
- Chyba sobie jaja ze mnie robisz? – Chłopak oderwał się od analizowania nieba, odwracając się do Harrego. – Niby dlaczego miałbym to zrobić?
- Wydawało mi się, że jesteś po naszej stronie.
- Bo jestem. Ale to nie sprawiło, że moja pogarda w stosunku do ciebie i twoich przyjaciół zniknęła!
- Uważam, że to dobry pomysł. Umiesz dużo, co może pomóc w wygraniu wojny.
- Czy to nie szkoła ma przypadkiem uczyć? – warknął blondyn, poprawiając swoje włosy.
- Ma. Ale…
- Ale nie cholernych Ślizgonów, którym nie można przecież ufać, prawda? Ty masz uczyć tych, którzy rzeczywiście są godni przeżycia.
- Nie powiedziałem tak.
- Ale myślisz w ten sposób. – Malfoy odwrócił się z powrotem. – Moja odpowiedź brzmi: nie. Nie będę pomagał szlamom i nieudacznikom przeżyć. Radźcie sobie sami.
- Dlaczego więc zostałeś szpiegiem, do cholery?
- Bo ja nie jestem mordercą. I nie zamierzam wylądować w Azkabanie, kiedy ta cholerna wojna się skończy, a ty zostaniesz żywym bogiem. Nie zabijam bez powodu. Ale nie czuję się również w obowiązku ratowania każdej naiwnej i głupiej dupy, która nie potrafi zadbać sama o siebie!
- Jesteś tak cholernie samolubny…
- Jestem. Jestem i jest z mi z tym cudownie wygodnie – syknął Ślizgon. – Odwal się ode mnie, Potter i zajmij się ratowaniem świata. Ja tym czasem, będę robił to, czego wymaga ode mnie Zakon i nic więcej.
- Tchórz.
- To ty jesteś tchórzem, o wielki wybawco. Wmawiasz sobie codziennie, że Śmierciożercy nie są ludźmi i mordowanie ich jest dobre. Inaczej nie byłbyś w stanie ich zabijać. Gdybyś tak chociaż czasem przypomniał sobie, że oni również mogli kogoś kochać, nienawidzić lub mieć rodziny, nie potrafiłbyś nawet zasnąć! Krzyczysz, że dyskryminacja jest zła, a sam robisz dokładnie to samo! Widzisz tylko czarne lub białe, kompletnie nie rozróżniając innych kolorów. Jesteś cholernym, tchórzliwym daltonistą i rzygać mi się chce jak na ciebie patrzę. Pomagam Zakonowi ale nie mam zamiaru udawać, że kocham te wszystkie szlamy i im podobne. Nie jestem ani Voldemortem, ani jednym z was. A teraz daj mi pieprzony spokój.Harry osłupiał. Nigdy tego tak nie rozpatrywał. Zawsze wierzył, że jeżeli ktoś rzeczywiście jest po jego stronie, stara się pomóc ze wszystkich sił. Po raz pierwszy spotkał się z czymś takim. Przeżył szok.
- Nie gap się tak na mnie – warknął Ślizgon. – Mam dosyć na dzisiaj. Idę do siebie i tobie radzę zrobić to samo. – Odwrócił się na pięcie i już po chwili go nie było.


Tej nocy Potter długo nie mógł zasnąć. Przekręcał się w boku na bok, usiłując przewartościować całe swoje dotychczasowe życie. Pod wpływem słów Malfoya zaczął zastanawiać się, dlaczego Śmierciożercy, których zabił przyjęli Mroczny Znak. Analizował zachowania uczniów Hogwartu i próbował dociec, który ze Ślizgonów może być tak naprawdę w porządku. Do tej pory wierzył, że powinno się stawać mocno po którejś ze stron, ale z drugiej strony… Byli przecież jeszcze ludzie, którzy chcieli po prostu żyć. Nie czuli się w obowiązku walczenia o cokolwiek. Pragnęli jedynie normalności. Harry tak długo obracał się pośród ludzi zdeterminowanych, że kompletnie zapomniał o innych. Rzeczywiście zaczął widzieć jedynie w dwóch kolorach.
- Czyżbym robił się dokładnie taki jak ludzie, których nienawidzę? – wyszeptał. – Czy już naprawdę przestałem obserwować?


- Mówiłem, że tak będzie? – Ron wpakował ostatni kawałek bułki do ust. – Nie spodziewałem się żadnej innej reakcji.
- Może… Liczyłem jednak…
- Ej, patrzcie. Coś się chyba stało Parkinson – odezwał się Dean, wskazując wzrokiem na stół Ślizgonów. Harry natychmiast skupił się na Malfoyu, wściekle zaciskającym pięści. Mówił coś, a raczej syczał, w stronę Pansy, która spokojnie spożywała swoje śniadanie. Wyglądała nienagannie, tak jak zawsze ostatnimi czasy, ale ręce jej widocznie drżały, a zza szaty widoczna była długa szrama, ciągnąca się aż do ucha. Blasie również ślęczał nad nią zirytowany i widocznie usiłował jej coś wytłumaczyć. Ona jednak zdawała się nie słuchać. Nagle Malfoy podniósł się i Harry myślał, że wyjdzie, ale on szybkim krokiem skierował się prosto do stołu Gryffindoru. Starsi uczniowie zamilkli, wpatrzeni w jego kipiącą nienawiścią postać i oczekiwali prawdopodobnie bójki, ale stało się zupełnie inaczej. Ślizgon stanął za Harrym, wbijając w niego stalowe spojrzenie i odetchnął kilka razy. Młodsze Gryfonki pisnęły i odsunęły się od niego jak najdalej.
- Zgadzam się, Potter – wysyczał chłopak, niemalże niedosłyszalnie, po czym wyszedł z Wielkiej Sali.
- O matko… Co to miało być? – spytał szeptem Ron, a plasterek dynio-pomidora z jego kolejnej kanapki spadł z plaśnięciem na podłogę.
- Malfoy. Malfoy. Malfoy! – wysyczał szeptem Harry, aż wreszcie udało mu się zwrócić uwagę blondyna. Siedzieli na numerologii, a Gryfon już od minuty usiłował dotrzeć jakoś do chłopaka.
- Czego?
- Masz. – Rzucił w niego karteczką. Napisał w niej, gdzie odbywają się spotkania Gwardii Dumbledora, podał pierwszy termin i zapytał, kiedy coś ustalą. Nie czekał długo na odpowiedź. Już po chwili pięknie złożona z papieru miotła wylądowała na jego zeszycie.


Chyba sobie żartujesz, co? Naprawdę będę musiał spotkać się z tobą gdzieś sam na sam, żeby rozmawiać? Merlinie… Ale podejrzewam, że masz rację. Ja nie nadaję się do edukowania tych twoich tępych przyjaciół. Straciłby cierpliwość, zanim nauczyliby się prostego Lumos.


Proponuję jutro rano. Nie mam dla ciebie czasu wieczorami, spotykam się wtedy z ludźmi godnymi mojej uwagi.


No i oczywiście, jest jeden warunek. Pomogę ci, Potter, jeżeli będę mógł wprowadzić na zajęcia kogo tylko mi się spodoba.



Harry zmarszczył brwi, nieco zaniepokojony. Nie był pewien, czy to dobry pomysł, pozwalać tak Malfoyowi na uczenie, kogo zechce, ale z drugiej strony…


Czy to ma coś wspólnego z Parkinson?



Spojrzał na Ślizgona, kiedy ten czytał wiadomość i zauważył kolejne oznaki wściekłości. Zaciśnięte usta, zmrużone oczy i głębsze niż zazwyczaj oddechy. Cokolwiek by Malfoy nie odpisał, Harry już wiedział, że się nie pomylił. Coś, co przydarzyło się przyjaciółce chłopaka miało decydujący wpływa na jego ostateczną zgodę.


Powinienem powiedzieć, że to nie twoja sprawa, ale biorąc pod uwagę, że pewnie nie spoczniesz, póki się nie dowiesz… Tak. To ma coś wspólnego z Pansy i nie pytaj więcej.



Zielone oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Harry zdziwił się, że Malfoy odpowiedział i nie robił z tego żadnych problemów. Uśmiechnął się lekko. Najwidoczniej nawet temu dupkowi na kimś musiało zależeć. Na dodatek, nazwał Ślizgonkę po imieniu, co również było kompletnie niespodziewane. Szybko nabazgrał ostatnią wiadomość.


No to jesteśmy umówieni. O szóstej rano, w Pokoju Życzeń.



PS- Nie wiedziałem, że znasz się na origami.



Zanim poważnie zastanowił się nad ostatnim zdanie, wysłał już wiadomość, szykując się na złośliwą uwagę Malfoya. Ten jednak uśmiechnął się tylko ironicznie i bardzo powoli naskrobał coś na kolejnym skrawku pergaminu.


Gamiro.



Harry odwzajemnił uśmiech i sprawdził zaklęcie. Mała Błyskawica 40 pofrunęła w stronę Rona z informacją, że Malfoy jest już w składzie Gwardii Dumbledora.


 


 


*zaklęcie spowalniające


** zaklęcie, przywołujące węża

***

Pokornie proszę o komentarze.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


Wystrój

Szablon wykonany przez pannę M., tylko i wyłącznie dla opowiadań-yaoi
Zdjęcia z DeviantARTa, textura niepamiętamskąd. Fragment piosenki zespołu Plain White T's.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Chcesz więcej?